Polski English Français
Kongres Kobiet
Kongres Kobiet

  

Loading

Terror i piekło kobiet w sercu Afryki

Dodano: 21 czerwca 2017

Terror i piekło kobiet w sercu Afryki

 

Rozmowa z Wolfgangiem Bauerem, dziennikarzem, reporterem, pisarzem o życiu afrykańskich kobiet oraz o terrorze, który zaczyna się daleko w małej, nigeryjskiej wiosce, ale może wpływać na to, co się dzieje w Polsce, Niemczech, Europie i na świecie. O tym, że nie wolno nam ignorować przemocy i terroru wobec kobiet w Nigerii, gdyż jeśli przymykamy oczy na czyjąś przelewaną krew, wkrótce będziemy patrzeć na własną.

 

 

Halina Salgarolo: Cieszę się, że możemy porozmawiać o Pana książce „Porwane. Boko Haram i terror w sercu Afryki”, gdyż Kongres Kobiet interesuje się szczególnie udziałem i miejscem kobiet w historii, a także losem i sytuacją kobiet we współczesnym świecie. Napisał Pan w swej książce, że relacje kobiet porwanych przez Boko Haram w Nigerii bolą. Powiem to samo o książce: Ta książka boli. Kobiety i dzieci, do których Pan dotarł, to świadkowie niewyobrażalnych aktów przemocy i nieludzkiej brutalności, a za każdym ze słów kryje się ból, łzy, rozpacz i gniew. W jaki sposób udało się Panu trafić do tych kobiet?

Wolfgang Bauer: Długo zastanawiałem się, czy dla mnie, jako dla mężczyzny, jest możliwe prowadzenie z porwanymi kobietami rozmów o tym, co się stało. W przeszłości wielokrotnie podejmowałem wiele tematów dotyczących kobiet, zwłaszcza w Afryce. Pisałem między innymi o śmiertelności kobiet podczas porodów w Sierra Leone, co jest jedną z największych tragedii w Afryce. W Sierra Leone jedna kobieta na dziesięć umiera podczas porodu, co tworzy wielką lukę w kolejnych rocznikach kobiet – podobnie, jak wojny w kolejnych rocznikach mężczyzn.

Jednak, o ile w razie zgonu kobiet podczas porodu nie mamy do czynienia bezpośrednio z winą mężczyzny, to w przypadku działań Boko Haram to mężczyzna jest tym złym, który zadaje ból. Dlatego właśnie zastanawiałem się, czy, jako mężczyzna, mogę rozmawiać z kobietami o porwaniach dokonywanych w Nigerii przez Boko Haram.

O moich wątpliwościach rozmawiałem z koleżanką ze Szwecji, która przeprowadzała wywiady z tymi kobietami dla szwedzkiego radia. Pytałem, czy jako mężczyzna mogę również się z nimi spotkać i porozmawiać, a ona mi odpowiedziała, że nie ma żadnego znaczenia, czy jestem kobietą, czy mężczyzną, ponieważ jestem biały... Jestem biały i jestem z daleka. Kobiety, z którymi będę rozmawiać są najczęściej niepiśmienne, znają tylko swoją najbliższą okolicę: trzy-pięć najbliższych wiosek i dla nich my, Europejczycy, jesteśmy czymś w rodzaju trzeciej płci, ze względu na kolor skóry, odległość i miejsce, skąd pochodzimy. Potem wiele miesięcy zajęło mi znalezienie kolegów: dziennikarzy i tłumaczy, którzy mają lub mogą nawiązać kontakt z tymi kobietami. Miałem wielkie szczęście, ponieważ w mieście Yola znalazłem kolegę, który pracuje dla największej gazety muzułmańskiej w Nigerii. On z kolei miał swoich „subkorespondentów” w największych wsiach na terenach opanowanych przez Boko Haram, którzy dosyć regularnie dostarczali mu informacji o tym, co tam się dzieje. Jeden z takich informatorów handlował kozami, drugi był rzeźnikiem. Oni najpierw szukali rozmówczyń dla nas we własnych rodzinach i we własnym otoczeniu. Pierwsze kobiety, z którymi rozmawiałem, to były właśnie ich kuzynki lub siostry. One z kolei przekonały kolejne kobiety, że rozmowa z nami to nic zdrożnego czy strasznego, i to się rozchodziło taką falą.

H.S.: Czy któraś z tych historii miała szczęśliwy koniec?

W.B: Trudno powiedzieć, dlatego że tam ciągle jeszcze coś się dzieje. Ale te kobiety, które spotkaliśmy, nadal są w trudnej sytuacji. Mimo, że ostatnie miesiące były dla nich w miarę stabilne, to wcale nie oznacza, że kolejne miesiące, tygodnie czy dni nie przyniosą kolejnych wstrząsów i zmian, bo porwania kobiet nadal mają tam miejsce. Trzeba powiedzieć, że kobiety uwolnione z niewoli Boko Haram znajdują się w trudnej sytuacji społecznej, ponieważ ludzie z ich własnych wsi traktują je jak zagrożenie lub jako szpiegów bojówek Boko Haram. Ponadto kobiety, które w niewoli i z gwałtów dokonywanych przez bojowników urodziły dzieci, stoją przez to w bardzo trudnej, niejednoznacznej sytuacji. Wiele osób, z którymi rozmawialiśmy to były rodziny w składzie: matka i nastoletnia córka. Obie porwane do niewoli, obie zmuszone do wyjścia za mąż za obcych mężczyzn. Córki na własnej skórze przekonały się, że w tej tragicznej sytuacji ani rodzina, ani matka, ani nikt na świecie nie jest w stanie ich bronić. I te córki bardzo często występują teraz przeciwko swoim matkom. Te nastoletnie dziewczyny bardzo się zmieniły w niewoli. Matki mają teraz bardzo duży problem, aby je przywrócić do normalności i do społeczeństwa.

H.S.: Kobiety, dzieci i całe rodziny mieszkające na podbitych przez Boko Haram terenach pozbawione są pomocy państwa: finansowej, ekonomicznej czy psychologicznej. Ze wszystkim muszą radzić sobie same: z głodem, biedą, traumą. Żyją w lęku i strachu przed kolejnymi porwaniami. Żyją w świecie pełnym dzikości, grozy i niebezpieczeństw. Dlaczego ludzie ludziom szykują taki los? Skąd tyle okrucieństwa? Dlaczego w Nigerii mężczyzna działający w organizacji terrorystycznej Boko Haram jest najgorszym wrogiem kobiety? Czy można powiedzieć, że jest to związane z religią i że religia – w tym przypadku islam, wyznawany przez ludzi skupionych w bojówkach Boko Haram – daje mężczyznom prawo do traktowania kobiet jak niewolnice, poddane, środek płatniczy?

W.B.: Ten problem jest znacznie głębszy. Religie – islam lub chrześcijaństwo, obecne na terenach Nigerii, to jest tylko cienka warstwa problemów, które toczą te wsie. Osobiście miałem wrażenie, że znaczne większą rolę odgrywają tutaj kilkusetletnie tradycje i bogowie, w których wierzy się od wieków. Kiedy mówiliśmy o Bogu – Bogu chrześcijańskim, czy o Allachu, te kobiety były stosunkowo spokojne, a temat nie wzbudzał w nich większych emocji. Natomiast kiedy zaczynaliśmy rozmawiać o bóstwach lokalnych, o lokalnych miejscach kultu, w tym o mitycznej „głębokiej jaskini”, wtedy było widać na ich twarzach emocje: strach i szacunek, albo raczej bojaźń bożą. Bo tam ludzie wierzą, że jedno lokalne bóstwo może zniszczyć inne lokalne bóstwo. Kiedy jedno plemię podbija drugie, to te wierzenia się nakładają i Bóg tych, którzy podbili, jest znacznie silniejszy. Niestety, do lokalnej tradycji należało także niewolnictwo. Tradycja niewolnictwa miała i nadal ma bardzo duży wpływ na to, jak się na tych terenach żyje i jak się funkcjonuje. Ludzie dawniej robili sobie nacięcia na twarzach, z których potem powstawały blizny. Dzisiaj patrzymy na to pod kątem kulturowym, ale kiedyś to było bardzo istotne, bo kiedy ktoś został porwany i znajdował się nagle w tej masie ludzi z różnych plemion, to ludzie z jednej wioski mogli się po tych nacięciach rozpoznać. Jeszcze do niedawna, bo kilkadziesiąt lat temu, ludzie w tym rejonie żyli w górach, a schodzili do dolin tylko po to, by uprawiać pola. Zawsze jednak wracali w góry, żeby tam mieszkać, bo tam byli bardziej bezpieczni, tam się chronili przed łowcami niewolników. Przeprowadzka wiosek z gór w doliny nastąpiła zaledwie około 40 lat temu. Na tę historię migracji nakłada się bardzo cienka warstwa Islamu, który w rozumieniu Boko Haram, ale też innych organizacji terrorystycznych, mówi, że jeżeli nie będziesz prawdziwym muzułmaninem, to i tak skończysz w piekle. Bojownicy Boko Haram nie widzą w sobie agresorów, ale raczej postrzegają siebie jako tych, którzy ratują dusze innych. Porywają ludzi, głównie kobiety, po to, by przechodziły na Islam, bo tylko wtedy mogą osiągnąć szczęście i zostać zbawione. Poza tym, aby zrozumieć istotę Boko Haram, trzeba pamiętać, że przywódcy i ludzie z najwyższego dowództwa Boko Haram należą do plemienia Kanuri, które to plemię miało kiedyś w posiadaniu wielkie królestwo, sięgające od południa Libii do Kamerunu, a które upadło w ostatnich dziesięcioleciach dziewiętnastego wieku. Największą siłą Kanuri było to, że to właśnie oni byli kastą łowców niewolników. Stąd mamy obecnie dwa najważniejsze wpływy – historyczny i religijny – które się na siebie nakładają i tworzą istotę Boko Haram.

H.S.: Dla nas Europejczyków, działania islamistów z organizacji Boko Haram to czyste okrucieństwo.

W.B.: To się oczywiście zgadza, tylko proszę popatrzeć na to, co Niemcy robili podczas II wojny światowej: traktowali ludzi jak niewolników i odbierali innym prawo do istnienia…

H.S.: Na początku maja tego roku, 82 dziewczyny z Chibok zostały uwolnione z niewoli dżihadystów. Ale nie wrócą do domów, tylko spędzą miesiące w zamkniętym ośrodku rehabilitacji. Stały się sławne i rząd boi się, by nie zostały ponownie porwane. Czy sądzi Pan, że istnieje jakaś szansa dla tego społeczeństwa na rozwój i życie w pokoju? Czy Nigeria, a przynajmniej jej północny region, gdzie działają islamiści z Boko Haram, ma szansę na normalne życie?

W.B.: Najgorsze, co się może przytrafić dziewczynie czy kobiecie porwanej przez Boko Haram, to to, że zostanie uwolniona przez siły rządowe i zamknięta w jednym z tych obozów, o których rząd mówi „obozy deradykalizacji”. Część z tych dziewcząt została uwolniona już w 2015 roku, ale ciągle jeszcze przebywa w deradykalizujących obozach i ich rodziny nadal mają kłopot, aby nawiązać jakikolwiek kontakt ze swoimi córkami. Czyli tak naprawdę porwane kobiety trafiły z jednej niewoli w drugą. Policja i służby specjalne usiłują pewnie wydobyć z tych kobiet jak najwięcej informacji i to niestety nie zawsze dzieje się bez użycia siły. Takie chodzą przynajmniej słuchy.

I druga rzecz – ludzie rzeczywiście się tych kobiet boją, także dlatego, że wojsko nigeryjskie było i nadal jest w większym związku z bojownikami z Boko Haram, niż rząd chciałby to przyznać na zewnątrz. A te kobiety bardzo dużo wiedzą, mieszkały w bezpośrednim otoczeniu dowódców Boko Haram. Dlatego ludzie się ich boją i my też się ich baliśmy, ponieważ najbardziej śmiercionośną bronią używaną przez Boko Haram są samobójczynie. W ostatnich miesiącach setki porwanych kobiet i dziewcząt, użytych jako kamikaze, wysadziło się w powietrze. Dlatego zanim w ogóle zaczynaliśmy z nimi rozmawiać, musieliśmy się upewnić, że nie wyrządzą krzywdy nam i naszym tłumaczom. To było dla mnie bardzo trudne przeżycie, bo przecież te kobiety w pierwszym rzędzie były ofiarami. Ale dla własnego bezpieczeństwa musieliśmy zatrudnić inne kobiety w charakterze security guards, aby sprawdziły i prześwietliły te kobiety, zanim się z nami spotkają. To była rzeczywiście bardzo trudna sytuacja, ponieważ mieliśmy do czynienia z ofiarami, które jednocześnie hipotetycznie mogły nam zagrażać.

A co do drugiego pytania: czy jest możliwe, żeby tam zapanował pokój, to jest ono trudne. Bardzo bym się cieszył, gdybym znał na nie odpowiedź, ale nie znam. Tutaj trzeba mieć takie szersze spojrzenie, taki rozleglejszy obraz całego tamtego regionu, ponieważ jesteśmy teraz świadkami rozpadu państw, które dawniej były koloniami europejskimi. Cały pas, począwszy od Mali przez Sudan, Syrię i Irak, to są kraje, które albo się rozpadają, albo ulegają implozji. Zostawiają po sobie próżnię, która w jakiś naturalny sposób musi zostać wypełniona, z czego natychmiast korzystają organizacje takie, jak Al-Kaida czy Boko Haram. Musimy być tego świadomi, bo ten region nie jest może w bezpośrednim naszym sąsiedztwie, ale jednak sąsiaduje z bliższymi nam krajami. To, co się zaczyna w jakiejś małej, nigeryjskiej wiosce może w ciągu kilku lat mieć znaczące konsekwencje i może wpływać na to, co się dzieje w Polsce, Niemczech, Europie. Ale my tego jeszcze nie pojmujemy albo nie chcemy pojąć.

H.S.: Jaka przyszłość czeka kraj, w którym – jak Pan pisze – nie jest możliwa edukacja, przestrzeganie zasad konstytucji i demokracja? Wydaje się, że nakręciła się tam spirala zła. Jak władza w Nigerii radzi sobie z tą sytuacją, biorąc pod uwagę korupcję i niewydolność sądów i policji? Czy tam jest jeszcze władza państwowa?

W.B.: Jestem optymistą i myślę, że z czasem dojdzie tam jednak do jakiejś stabilizacji, nawet jeśli droga do niej będzie rewolucyjna. Oczywiście, Boko Haram to jest tylko część problemu, gdyż mamy tam do czynienia z radykalizacją zarówno po stronie muzułmańskiej, jak i po chrześcijańskiej. Tam są siły, które z różnych stron szarpią tym krajem. Równocześnie, w ostatnich latach powstała w Nigerii klasa średnia. Nigeria jest za silna gospodarczo, żeby ulec takiej implozji jak znacznie biedniejsze Mali czy Czad. Osobiście pokładam nadzieję w klasie średniej jako tej, która może wywrzeć nacisk na nieudolną do tej pory ekipę rządzącą. To dzięki klasie średniej rośnie jakość szkolnictwa, bo coraz więcej ludzi ma pieniądze na lepsze szkoły, zatrudnianie lepszych nauczycieli.

Ale upłynie jeszcze bardzo dużo czasu, zanim ten rozwój dotrze do północnego wschodu Nigerii. Bo ta część Nigerii – teren mniej więcej wielkości Belgii – jest wyniszczana nie tylko przez Boko Haram, ale także przez siły rządowe i milicje plemienne. Amnesty International zrobiło ostatnio zdjęcia satelitarne, które pokazują setki całkowicie zniszczonych wsi i to wcale nie przez Boko Haram, ale właśnie przez siły rządowe i przez milicje. Obawiam się, że znaczna część mieszkańców tamtych regionów będzie zmuszona żyć przez dłuższy czas w obozach dla uchodźców. A nie znam żadnego kraju, w którym obozy dla uchodźców zrobiłyby coś dobrego. To najlepiej widać po dzieciach: dzieci, które dorastają we wsiach, są ciekawskie, przyjazne i miłe, nie ma w nich agresji. Ale jeśli takie dziecko zostanie przeniesione do obozu uchodźców, zmiany w jego zachowaniu widoczne są już po pół roku: bardzo dużo agresji, bardzo dużo pogardy dla człowieka, ciągłe bijatyki. Obozy dla uchodźców to tak naprawdę miejsca, gdzie mężczyźni się radykalizują, z których wychodzą potem ludzie o szalenie radykalnych poglądach i którzy zachowują się tak, jak ich uprzedni oprawcy.

H.S.: Czy kobiety, które przeszły takie piekło w swoim kraju, mogą odegrać w nim jakąś szczególną rolę? Czy mają jakąś rolę do spełnienia?

W.B.: Problem polega na tym, że Nigeria rozpada się na bardzo wiele mniejszych regionów. Kobiety, które spotkałem, właściwie nie mają nic wspólnego z Nigerią jako państwem. Ich wpływ nie wykracza poza granice wsi, w których mieszkają. Nie mówimy tutaj o tych 266 uprowadzonych dziewczynach z Chibok, ale o dziesiątkach tysięcy zniewolonych kobiet. Wiemy niestety, że jeśli te dziesiątki tysięcy kobiet, które nie mają żadnej stabilizacji i które utraciły wszelkie podstawy bezpieczeństwa, będą wychowywać kolejne pokolenia, to te następne pokolenia będą raczej równie niestabilne. Tych konsekwencji nie widzi się dzisiaj, ale los tych kobiet odbije się po tysiąckroć w kolejnych generacjach.

H.S.: Dlatego właśnie pytam albo o rodzaj buntu ze strony tych kobiet, albo o rodzaj solidarności między nimi.

W.B.: Takiej generalnej solidarności nie ma. Istnieje może solidarność w obrębie rodziny, szczególnie w obrębie tej części rodziny, którą spotkało to nieszczęście i która sobie wzajemnie ufa. Te kobiety usiłują żyć niezauważalnie. Tak cicho jak się tylko da, żeby nie rzucać się w oczy bardziej niż to konieczne. One nie mają potencjału, aby mieć wpływ na większe grupy. Ciągle jeszcze trwa kampania #bring back our girls, ale ona wychodzi ze Stanów Zjednoczonych. Jeżeli są w Nigerii zaangażowane w nią prominentne kobiety ze stolicy, to one i tak nie mają żadnego przełożenia ani żadnego związku z porwanymi kobietami ze wsi.

H.S.: Napisał Pan:Nie wolno nam ignorować przemocy Boko Haram. Jeśli przymykamy oczy na czyjąś przelewaną krew, wkrótce będziemy patrzeć na własną”, gdyż „żadne szaleństwo, które wybucha w jakimś kraju tego świata, nie ogranicza się w naszych czasach tylko do jego terytorium”. Czy widzi Pan działania międzynarodowe lub lokalne? Czy ktoś pomaga na miejscu? W sąsiednich krajach? Czy i jak mogą pomóc kobiety w Polsce?

W.B.: Pomaganie w tamtym rejonie jest bardzo trudne. Pomaga kościół katolicki i ewangelicki, gdyż ma dostęp do ludzi żyjących w oficjalnych i nieoficjalnych obozach uchodźców. Ale ta pomoc dotyczy całej społeczności z tamtego regionu, a nie konkretnie porwanych kobiet. We wsiach nie ma żadnej pomocy, żadnych międzynarodowych organizacji pozarządowych, żadnego wojska, gdyż obecność tam ciągle wydaje się zbyt niebezpieczna.

Dlatego w swoistym akcie bezradności my, jako gazeta „Die Zeitung”, zdecydowaliśmy się utworzyć fundusz pomocowy z darowizn przeznaczonych dla kobiet w Nigerii. Muszę tu zaznaczyć, że najpierw ukazał się duży reportaż w „Die Zeitung” na temat kobiet porwanych przez Boko Haram, dopiero potem powstała książka. Utworzenie funduszu było inicjatywą kobiet – redaktorek i dziennikarek pracujących w gazecie. Bardzo dużo się nauczyliśmy podczas tej akcji pomocowej. Zebraliśmy wówczas 50 tys. euro z darowizn czytelników, które przekazaliśmy dla 72 kobiet, z których wszystkie przeżyły uprowadzenie. Ze wszystkimi spotkaliśmy się podczas wywiadów. Te kobiety miały bardzo skromne życzenia. Pytałem je: co ci jest najbardziej potrzebne, jakie masz teraz największe potrzeby, czego byś chciała? Jeśli chodzi o opiekę psychologiczną czy terapię, to było dla nich marzenie nie z tego świata i tej propozycji w ogóle nie rozumiały. Dla nich najważniejsze były nasiona, np. fasola do wysiewu. Prócz tego, pojedyncze osoby chciały pieniądze na zakup maszyny do szycia. Wszystkie kobiety chciały, żeby z tych pieniędzy pokryto także koszty nauki dla dzieci. W Nigerii kobiety są znacznie bardziej przewidujące niż większość mężczyzn, one wiedzą także, że kluczem do wyjścia z tej beznadziei jest edukacja.

My zaś najpierw się zastanawialiśmy, czy te nasiona i fasolę do wysiewu kupimy hurtem w mieście Yola, po czym poprosimy kobiety ze wsi, żeby do nas przyjechały, a my będziemy mogli je rozdać. Ten plan okazał się bezsensowny, bo w Yoli fasola do wysiewu jest dwa razy droższa niż w ich wsiach. Poza tym w Yoli można było kupić tylko fasolę przemysłową, a tej kobiety nie lubiły. One chciały tylko te cztery-pięć gatunków, które można kupić w ich wsiach. Więc ten plan spalił na panewce. Wiele kobiet chciało także kupić nawozy. Ale my nie mogliśmy tego zrobić, bo to, że cudzoziemcy kupują jednorazowo większe ilości nawozów najpewniej zwróciłoby uwagę sił bezpieczeństwa. Boko Haram z nawozów produkuje środki wybuchowe, a my nie do końca byliśmy pewni, czy część z tych kobiet nie współpracuje z terrorystami. To by szybko sprowadziło na nas podejrzenie działalności terrorystycznej. Jakiej pomocy nie należy udzielać, uczyliśmy się też od innych: w Yoli funkcjonuje Uniwersytet Amerykański, który – chcąc pomóc – wysłał ciężarówkę pełną jedzenia do jednej ze wsi, która szczególnie ucierpiała od Boko Haram. Dokładnie 3 dni później wioska została napadnięta przez bojówki Boko Haram, ponieważ rozniosło się, że jej mieszkańcy mają żywność. I znowu dżihadyści uprowadzili kolejne kobiety. To straszne, ale ta wieś znacznie lepiej by wyszła na tym, gdyby nie dostarczono jej takiej pomocy. Pomaganie tam jest naprawdę bardzo trudne i skomplikowane.

Po długich naradach i zwracając się o doradztwo do różnych ludzi, zdecydowaliśmy się utworzyć mikro-konta po 700 euro dla każdej z tych kobiet, z którego co 2-3 miesiące mogłyby wypłacić niewielkie kwoty równowartości około 60 euro, żeby absolutnie zminimalizować ryzyko porwania lub napadu. Ta akcja pomocowa nadal trwa, w sierpniu na miejsce jedzie nasz fotograf. Teraz mamy ponadto listę 180 nowych kobiet, którym będziemy pomagać. Część listy została zestawiona przez biskupa Yoli, który umieścił na niej tylko chrześcijanki. Druga część listy została stworzona przez naszych kolegów, reporterów muzułmanów, którzy na tę listę wpisali oczywiście wyłącznie muzułmanki.

Ale ta pomoc to jest tylko kropla w morzu potrzeb. A NGO’sy, które tam dotrą, będą musiały najpierw się wiele nauczyć i zaakceptować ryzyko. Tam nie da się pomagać, nie ryzykując.

H.S.: W Polsce od czasu dojścia do władzy konserwatywnej populistycznej prawicy w 2015 roku, sytuacja kobiet się pogorszyła, gdyż władza usiłuje ograniczyć prawo kobiet do samostanowienia. Próby te dotyczą w szczególności praw reprodukcyjnych – dostępu do edukacji seksualnej, do antykoncepcji i do aborcji. Pogorszyła się także sytuacja mniejszości seksualnych, cudzoziemców i imigrantów – są oni w większym stopniu narażeni na akty rasistowskie i mowę nienawiści. Czy na zakończenie chciałby Pan skierować do tych grup kilka słów wsparcia lub komentarza?

W.B.: Z mojego punktu widzenia, my, Niemcy, mamy w sobie dwa serca: zachodnie i wschodnie. Wschodnioniemieckie serce bije bardzo podobnie, jak polskie czy czeskie. W tym kontekście myślę, że niektórzy ludzie, zwłaszcza starsi, a zwłaszcza starsi mężczyźni, boją się różnych możliwości, które przyniosła im wolność, uzyskana po 1989 roku, i dlatego próbują innym te wolności odebrać lub reglamentować. Bo w swojskiej ciasnocie jest cieplej niż na otwartym polu. Z psychologii wiadomo, że mamy tu do czynienia z agorafobią, czyli ze strachem przed dużą, otwartą przestrzenią, która nie daje żadnego bezpiecznego schronienia i skąd byle podmuch wiatru może nas unieść. Wydaje mi się, że właśnie ten strach zdominował obecnie wschodnie parlamenty. W historii ludzkości taki strach bardzo rzadko na dłuższą metę przyniósł coś dobrego. Być może niektóre społeczeństwa potrzebują czasu, żeby zaczerpnąć oddechu i porozmawiać o tym, czego właściwie chcą.

Osobiście jestem optymistą i nie sądzę, by na dłuższą metę w Europie środkowowschodniej te reżimy mogły stać się reżimami autokratycznymi. Bo społeczeństwo obywatelskie w swojej barwności jest za silne – Polacy, mówiąc najprościej, znają świat – w przeciwieństwie do tego, co się działo w latach 80. XX wieku. Autokratyczne reżimy cierpią zwykle na przecenianie siebie, sądząc, że mogą przejąć kontrolę nad umysłami obywateli. Teraz – w dobie Internetu i tanich biletów lotniczych – to nie jest możliwe. Stąd mój optymizm (mam nadzieję, że uzasadniony), że jakiekolwiek autokratyczne reżimy mają obecnie znacznie mniejszą trwałość niż kiedyś.

Dziękuję Panu za rozmowę i za książkę, która jest krzykiem rozpaczy i wołaniem nadziei. To opis piekła kobiet w XXI wieku, ale i pokazanie siły kobiet. Za to dziękuję.

 

  

 

Rozmawiała: Halina Salgarolo

Tłumaczyła z niemieckiego: Elżbieta Kalinowska

Wywiad spisała: Anna Rostafińska-Hagemejer